8 kwietnia 2020

Wiedźmin

4
Wiedźmina, a dokładniej Geralta z Rivii spokojnie możemy nazwać naszym dobrem narodowym, importowanym na cały świat. Można by było całe zasługi przyznać jego twórcy, ale tak naprawdę to CD Projekt Red odwalił znakomitą robotę w postaci serii gier komputerowych tworzonych na podstawie twórczości Andrzeja Sapkowskiego. Dlatego też kwestią czasu był fakt, że ktoś jeszcze pokusi się o tę historię i pokaże nam ją w całkowicie innym świetle. Nie mówię tu o przeniesieniu jej na mały ekran, ponieważ źródłem seriali w XXI wieku stały się teraz internetowe serwisy streamingowe, a nie stacje telewizyjne.

Wielka radość pojawiła się na twarzach wszystkich wielbicieli uniwersum, gdy tylko w Internecie pojawiły się pierwsze wzmianki o nowym projekcie Netfliksa mającym za zadanie zekranizowanie tego bardzo popularnego dzieła. I tak w 2019 roku w okolicach Bożego Narodzenia pojawił się on. „Wiedźmin” w całej swej krasie i wzniosłości.
Geralt z Rivii jest Wiedźminem i tak jak jego bracia z cechu pała się niezwykle trudną profesją. Za kasę zabija potwory najróżniejszej maści. Niestety niejednokrotnie dla ludzi o wiele gorszych niż monstra, za które dostaje zapłatę.

I tyle musi wam wystarczyć fabularnych fanaberii, ponieważ jeżeli czytacie tę recenzję to wcześniej zaznajomiliście się z oryginalna powieścią, a jeżeli nie to serial może okazać się dla Was prawdziwym koszmarem. Wszystko za sprawą braku jakiejkolwiek chronologii. W jednym odcinku będziemy uczestnikami wydarzeń dziejących się trzech różnych liniach czasowych. Wiem, że brzmi to bardzo dziwnie, ale twórcy postanowili stworzyć taki misz masz. Książkę czytałem dość dawno i potrzebowałem trochę czasu zanim połapałem się, kiedy co ma miejsce albo, jaka będzie następna przygoda. Przyznam nie było to łatwe. Nie rozumiem, czemu nie zrobiono tego w postaci retrospekcji, które przerywałyby, co jakiś czas główny wątek z odpowiednimi podpisami. No wiecie z opisem 20 lat później albo 10 lat wcześniej. To na pewno ułatwiłoby oglądanie. Tak dla sprostowania mamy tu trzy wątki fabularne, w których poznajemy przygody Geralta, Yennefer oraz Cirii.

Skoro już jesteśmy przy nich to warto wspomnieć o castingu. Jeżeli co do Henry’ego Cavilla mogę powiedzieć, że nie mógł zostać wybrany lepszy aktor to Anya Chalotra, jako czarodziejka Yennefer dla mnie osobiście jest kompletną klapą z powodu zbyt młodego wieku. Nie wymagam tu jakiejś metrony specjalnie odmłodzonej, ale ta czarodziejka powinna jednocześnie uwodzić i straszyć swoim wyglądem, a nie czarami. Dziwnie to brzmi, ale to niestety nie ten typ urody wydaje się ona zbyt dziecinna. Mogłaby być nieco starsza siostrą Ciri. Wiem, że nie powinienem patrzeć na tę adaptację z perspektywy książki, ale jakoś inaczej nie potrafię. Wybaczcie mi. Powiem tylko, że Joey Batey, jako Jaskier to mistrzostwo świata.

Historia sama w sobie została rewelacyjnie przedstawiona zwłaszcza ten dodatkowy wątek Yennefer oraz tego jak stała się czarodziejką. To coś nowego, bo w powieści zostało to tylko po łebkach ukazane o ile w ogóle się pojawiło. Czytałem książkę wiele lat temu. Podobnie jest z akcją, której nie mogło tu zabraknąć oraz wszelakiego rodzaju walkami. Na samą myśl o tym, co wydarzyło się Blaviken jeszcze serce szybciej mi bije. Czegoś takiego dawno nie widziałem nawet na wielkim ekranie. Podobno ta scena została nagrana za pierwszym razem i do tego z udziałem Henry’ego Cavilla, a nie jego dublerów. Wielki szacun dla niego jak i również Wolfganga Stegemanna odpowiedzialnego za tę iście poetycką walkę.

Co do efektów specjalnych i charakteryzacji to zdania mam podzielone. Raz jedno jest lepsze innego razu drugie. Najlepszy przykład to strzyga strasząca w zamku oraz silvan, z którym muszą się zmierzyć Geralt z Jaskrem. W tym drugim przypadku to już lepiej wyglądał Lech Dyblik w wersji z 2002 roku. To dla mnie trochę dziwne. Takie zrobione na chybcika, na odwal się. Przy takich produkcjach nie powinno to mieć miejsca. Zwłaszcza, że budżet na pewno mieli bardzo spory.

Nie mogło zabraknąć też wersji melodyjnej. No wiecie pieśni Jaskra śpiewanych ku uciesze gawiedzi i chwalących czyny dzielnego Wiedźmina. Ku memu zaskoczeniu nie brzmiały one jak karczmarskie przyśpiewki wyciągnięte wprost ze średniowiecza, ale sporo one miały ze współczesnej muzyki. Co wyszło naprawdę dobrze. Zwłaszcza utwór „Grosza daj wiedźminowi”, który po dziś dzień nucę wprawiając w nerwicę moich znajomych. Przy okazji oglądałem serial w obu wersjach. Z dubbingiem oraz lektorem i obie są równie dobre. Zwłaszcza, że w tej pierwszej usłyszymy Michała Żebrowskiego.
Zanim jednak zakończenie chciałem wspomnieć o postaci Geralta, którego naprawdę trudno mi zinterpretować. Bardzo daleko mu do tego, co poznałem w książce. Przedstawiony tu został, jako straszny mruk i niemowa, a z jego charakterystycznego „hmm” nagrano półtoraminutowy filmik. Nie wiem, co chcieli tym osiągnąć, ale wydaje mi się, że on taki nie był. Nie rzucał słów na wiatr, ale zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia, przez co mimo swojej powierzchowności wydawał się bardziej przyjacielski.

Moje wstępne przymiarki do Netflixowego „Wiedźmina” miały się różnie. Spodziewałem się czegoś na pobodę „Gry o tron” dużo nagości, krwi i spisków. Otrzymałem kawał dobrego serialu, w którym co chwila jakaś pierś się pojawi, ale przestaje ona grać pierwsze skrzypce. Wróżę tej produkcji wiele dobrego, chociaż twórcy muszą się bardziej postarać. Więcej czasu poświęcić na koncepcyjne planowanie oraz otworzenie Geralta na resztę świata. Moja ocena to 4-/5.

Bardzo ciekawa mapa pozwalająca połapać się nieco w chronologii wydarzeń.

4 komentarze:

  1. Widziałam na razie dwa pierwsze odcinki. I jak wykonanie mi się podobało, to przez dużą brutalność nie jestem w stanie kontynuować seansu. Może w przyszłości mi się uda, czas pokaże ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety to jest tego rodzaju produkcja. Brutalność jest chyba w każdym odcinku ale po Blaviken jest jej mniej.

      Usuń
  2. Mnie się bardzo spodobał ten serial i nie mogę doczekać się drugiego sezonu, choć zgodzę się, że z tymi trzema liniami czasowymi to trochę przesadzili, aczkolwiek koniec końców wszystko zgrabnie się łączy. Nie tylko Ty uważasz, że aktorka grająca Yen została źle dobrana z tego co widziałam w Internecie, choć moim zdaniem (po dłuższym zastanowieniu) spisała się w tej roli. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spisać się spisała co do tego nie mam wątpliwości :) ale jednak kogoś całkowicie innego sobie na tym miejscu wyobrażałem :) najważniejsze ze nie zrobili jej Azjatką :)

      Usuń