3 stycznia 2020

Marta Kisiel - Małe Licho i anioł z kamienia

2
Nigdy nie przypuszczałem, że będąc po trzydziestce (na szczęście trójka dopiero drugi rok jest z przodu) z zapartym tchem będę oczekiwał wydania jakiejkolwiek książki dla dzieci. Zwłaszcza, nie posiadając własnego berbecia. Może to dziwne, ale Marta Kisiel obudziła we mnie coś dziwnego. Nie jest to żaden zew krwi ani tym bardziej instynkt macierzyński to po prostu drzemiące we mnie dziecko, z którym jestem w dość dobrych stosunkach, zażądało pewnej książki. Może nie tyle zażądało, co poprosiło, a wiecie jak dzieci proszą. Nie sposób im odmówić. Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z drugim tomem przygód Bożka oraz jego wesołej ferajny w książce „Małe Licho i anioł z kamienia”.

Bożydar na pierwszy rzut oka jest zwykłym dzieckiem. Cała prawda wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy lepiej się go pozna, ponieważ tak naprawdę niema w nim nic zwyczajnego. Nie wystarczy, że ma „własnego” anioła stróża, który się z nim bawi i rozrabia to za przyjaciół ma mnóstwo fantastycznych stworzeń, których istnienia nauka nie potrafiłaby wyjaśnić. Samo jego pochodzenie to całkiem niezły kosmos. Co z tego, jeżeli z powodu epidemii zwykłej odry zostaje wywieziony do cioci Ody, o której istnieniu do tej pory nic nie wiedział. Całe szczęście, że ma dopiero dziesięć lat i takie niedogodności jak brak prądu, brak bieżącej wody oraz mieszkanie w całkowicie drewnianej chatce mogą okazać się naprawdę niezłą przygodą.

Wybaczcie mi ten wstęp, ale gdy tylko sięgam po tę serię cieszę się jak dziecko. Nie wiem, co tak naprawdę jest tego powodem. Przez całe swoje życie, a raczej ten etap, kiedy mogłem w końcu lektury rzucić w kąt i wziąć się za książki, których czytanie sprawia mi ogromną przyjemność niewiele jest pozycji tak na mnie działających. Zazwyczaj podobnie reaguję na kolejne tomy przygody Mercy Thompson, ale to całkowicie inna bajka.

Może to nie przypadek, że to słowo bajka padło akurat tutaj. Idealnie oddaje pełen charakter tej powieści. Niechęcę tu nikogo urazić oczyli zwłaszcza autorki, ale jej dzieła są takimi „Baśniami Braci Grimm” XXI w. Przepełnionymi przygodą, niesamowitymi bohaterami oraz masą mądrości skrywającymi się w prawie każdym rozdziale. To właśnie ta seria o małym Lichu powinna wyładować na każdej półce w dziecięcym pokoju.

Jest jednak małe, ale. Średnio ona nadaje się dla małego dziecka by czytać mu do snu bardziej dla przedszkolaka, który już, co nieco zaczyna rozumieć. W końcu zawiera ona elementy dość ciarkogenne jak ja to lubię nazywać. Świat tam przedstawiony nie jest do końca biały i dobroduszny jak Licho. Czasami zdarza się tu złość, ból a nawet wydarzy się komuś jakaś krzywda. Nawet postacie, które na swojej drodze spotyka Bożek nie zawsze mają wobec niego dobre zamiary, a miejsca, w które trafia idealnie nadawałby się na tło dla jakiegoś horroru. I tu się sprawdza znakomicie dziecięca ciekawość, nieustępliwość oraz pomysłowość. Ale nie będę zdradzał fabuły. To zostawię Wam.

Ja jestem zachwycony powrotem do Lichotki. Czyli miejsca gdzie to wszystko się tak naprawdę zaczęło. To znakomity zabieg, ponieważ pozwala wyodrębnić nam grupę, wokół której ma się dziać cała akcja. W końcu większość bohaterów została w domu i choruje. Bardzo cieszę się również, że Tsadkiel przestaje być poważniejszym „bratem” Licha, a dostaje swoje pięć minut, chociaż w tym przypadku to dobre pół godziny. Mamy szansę przekonać się, co skrywa jego serce oraz umysł. Prócz dokładnej ilości papieru toaletowego przypadającego na jednego domownika mierzonego w metrach bieżących albo kwadratowych. Znając jednak jego zamiłowanie do dokładności to wyliczył to na oba sposoby.

Pojawia się tu również dużo śniegu, który niestety został nam odebrany. Spoglądając na to bardziej pozytywnie autorce cudownie udało się oddać ciepło domowego ogniska oraz masę energii zużywanej w czasie każdej bitwy na śnieżki. To wszystko dosłownie wylatuje z książki z każda kolejną przeczytaną stroną. Nie wiem jak ona to robi, ale miałem ochotę założyć grube rękawiczki i wylecieć na biały puch.

„Małe Licho i anioł z kamienia” to dowód na to, że jedna książka może łączyć pokolenia i nie tylko wtedy, gdy dzieci sięgają po te same pozycje, które rodzice czytali za młodu. To niezwykle wzruszająca, ciepła i przezabawna opowieść o przebaczaniu, dobroci oraz tym wszystkim, co łączy ludzi nie tylko w okresie świąt. Już nie mogę się doczekać kolejnego tomu, bo znając autorkę już szykuje dla nas kolejną masę atrakcji. Mam jednak nadzieję, że nie zapomniała o innych swoich seriach, bo na ich kontynuacje czekam równie mocno. Moja ocena to 5+/5. Alleluja.

Tytuł: Małe Licho i anioł z kamienia
Autor: Marta Kisiel
Wydawca: Wilga
Data wydania: 30 października 2018
Liczba stron: 304
Oprawa: twarda
Format: 135x202mm
ISBN-13: 978-83-280-6727-1
Cena: 34,99 zł

2 komentarze:

  1. To cudowna seria i też nie sądziłam, że będą mnie bawić książki dla dzieci <3 To świetna seria i zdecydowanie czekam na więcej!

    OdpowiedzUsuń