27 lipca 2019

Mary i kwiat czarownicy

0
Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało gdyby Ania Shirley trafiła do magicznego świata znanego chociażby z twórczości J.K. Rowling? Musicie przyznać, że to dość szalone połączenie, ale na takiej właśnie opowieści postanowił zbudować swoje imperium Hiromasa Yonebayashi. Był on rysownikiem i animatorem w dobrze wszystkim znanym Studiu Ghibli gdzie wyreżyserował „Tajemniczy świat Arrietty”. Pragnął on chyba czegoś więcej, ponieważ w 2015 roku stworzył Studio Ponoc, którego pierwszym dziełem jest „Mary i kwiat czarownicy”, o którym z przyjemnością Wam dzisiaj opowiem.

Mary jest dość szaloną dziewczynką. Zawsze wszędzie jej pełno, a największym wrogiem jest dla niej nuda. W okresie wakacyjnym mieszka u swojej cioci i w czasie wyprawy do lasu znajduje tajemniczy kwiat zwany Nocnym Lotem. Nie spodziewa się nawet, że to początek niezwykłej przygody, której koniec nie musi zakończyć się dobrze.

Od bardzo dawna nie miałem przyjemności oglądać naprawdę dobrego anime. Mimo że do pełnego odhaczenia studia Ghibli zostało mi jeszcze kilka filmów to widząc najnowszy zwiastun kolejnego animowanego dzieła z kraju kwitnącej wiśni po prostu nie mogłem się oprzeć. Zwłaszcza, że to, co zobaczyłem jak nic przypominało mi tak dobrze znane historie i szczerze musze powiedzieć nie zawiodłem się. Jest tutaj wszystko to, co tak bardzo lubię.

Zacznijmy od kreski. Ponieważ sam nie wiem jak inaczej nazwać oprawę wizualną. Przypomina mi ona nieco tę z „Latającego zamku Hauru”. Jest tu pełno barw oraz smaczków najróżniejszego typu. Najlepiej to wszystko widać Kolegium Endor. Jak się na niego patrzy człowiek po chwili żałuje, że to tylko fantazja i nie można się tam przenieść.

Podobnie jest z muzyką, która została rewelacyjnie dopasowana. Znakomicie trzyma w napięciu i pozwala jeszcze lepiej chłonąc to wszystko, co się dzieje na ekranie.

Najbardziej kuleje w tym wszystkim historia. Jest ona ciekawa, ale brakuje w niej tego czegoś, co zazwyczaj sprawia, że anime staje się czymś ponadczasowym. Brak tu konkretnego morału. Wiem, że można interpretować ten film na wiele sposobów wyszukując mniejszych albo większych życiowych mądrości, ale to jednak nie to. Potrzebuje on czegoś, co daje po oczach i jednocześnie łapie za serce. Zauważyłem brak tego w momencie, kiedy po raz kolejny zasiadłem do jego oglądania. Czasami tak mam, że zanim wezmę się za recenzję czyjegoś dzieła to mija sporo czasu. Lubię wtedy na przyspieszonym tempie obejrzeć je ponownie żeby przypomnieć sobie ogólny zarys. W przypadku filmów Miyazakiego oraz jego ekipy nie ważne ile razy je obejrzę zawsze czuję ten sam zachwyt. Tutaj niestety tak nie było. Wiem, że to inny twórca i nie powinienem wrzucać go do jednego worka z MISTRZEM, ale mam już pewne standardy.

Podoba mi się za to sama Mary Smith (bardzo amerykańskie nazwisko). Jest ona niezwykle sprytna i rezolutna. Potrafi sobie poradzić w różnych sytuacjach głównie dzięki szczęściu, ale i tak wychodzi zawsze obronną ręką. Spokojnie można ją nazwać japońską odpowiedzią na Anię z Zielonego Wzgórza. Nie wystarczy, że jest ruda i niecierpki swoich włosów to dodatkowo pragnie ona akceptacji otoczenia oraz swojego własnego miejsca. Niby nic nowego to jednak naprawdę ją polubiłem.

„Mary i kwiat czarownicy” jest niezwykle interesującym filmem, który na pewno będzie cieszył się sporym zainteresowaniem. Niestety nie wiem jak go mam odbierać. Czy to konkurencja dla dzieł Miyazakiego czy też godny następca, który stara się wypełnić pustkę w kinematografii. Jak pewnie dobrze wiecie czytając mojego bloga albo początek tej recenzji anime odgrywa w moim życiu bardzo ważną rolę. Mógłbym nawet powiedzieć, że jest numerem jeden, jeżeli chodzi o moje ulubione gatunki filmowe. Dlatego też cieszę się, że ktoś jeszcze postanowił na tak wysokim poziomie zając się tego rodzaju produkcjami. Daje to szanse na jeszcze częstsze premiery. Nie wiem jak wy, ale ja daje Hiromasie Yonebayashiemu zielone światło oraz moje własne małe błogosławieństwo. Licząc zarazem, że mnie nie zawiedzie, ale o tym dowiem się z czasem. Moja ocena to 4-/5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz