17 lipca 2018

Iniemamocni 2

0
Może to dziwnie zabrzmi i dla wielu będzie kompletnym absurdem, ale nie oglądałem „Iniemamocnych”. Zgaduje, że w wielu domach nastała cisza, a po niej masa pytań, wśród których pada to najważniejsze. Gdzieś się uchował? Wiem, że film ten osiągnął status kultowego i dla wielu może być jedną z lepszych produkcji o superbohaterach. W końcu studio Pixar nie tworzy barachła, a wszystkie ich animacje są rewelacyjne. Dlatego sam do końca nie rozumiem jak mogłem ją ominąć. Gdy tylko się dowiedziałem, że w tym roku na ekrany kin trafia druga część tej niesamowitej opowieści wiedziałem, że muszę ją zobaczyć. Dlatego prawie na świeżo po weekendowym seansie zapraszam na dzisiejszą recenzję.

Superbohaterowie zostali zdelegalizowani. Nie jest to dobra wieść zwłaszcza dla Boba Parra oraz jego żony Helen. Czemu zapytacie? Ponieważ gdy tylko miastu zagraża niebezpieczeństwo zakładają swoje kostiumy i wcielają się w Pana Iniemamocnego oraz Elastynę. Tak chociażby było do niedawna. Teraz czeka ich poszukiwanie pracy i żywot zwykłego Kowalskiego. Na szczęście na horyzoncie pojawia się ekscentryczny miliarder oraz potentat w branży telekomunikacyjnej wraz z genialną siostrą. Dają oni rodzince superbohaterów nową nadzieję. Czas pokazać, że ich niezwykłe zdolności potrafią służyć dobru, a nie tylko zniszczeniu. I tutaj właśnie pojawia się problem i to nie mały. Do tego zadania zostaje wybrana Helen, jako ta bardziej kompetentna i mniej destrukcyjna. Bob w tym czasie musi zająć się domem i swoimi pociechami. Oj nawet się nie spodziewa, iż zadanie to będzie równie trudne, co starcie z oprychami. Ale o tym przekonajcie się sami.

Mam nadzieję, że zbyt wiele nie zdradziłem, ale przyznać muszę, iż jeszcze mnie trzyma emocjonalny haj po obejrzeniu tego filmu. Na serio to rewelacyjna animacja, w której zakochałem się już od pierwszej minuty. Niezwykle barwna i kolorowa. Wykonana z niezwykła dokładnością oraz wyobraźnią. Sami przejrzyjcie się otoczeniu i zobaczcie jak realistyczne się wydaje. Gra świateł na najwyższym poziomie.

Jednak nie tylko doznania wizualne są istotne. Liczy się również przekaz. Wiem, że tego typu produkcje kierowane są głównie do młodego widza, ale twórcy postarali się żeby dorośli również się nie nudzili, a nawet czegoś się nauczyli. W końcu widzimy tutaj zmianę ról w rodzinie. To kobieta pracuje, a mężczyzna zajmuje się domem. Mamy w końcu równouprawnienie i nie trzeba się tego wstydzić. Dodatkowo sporo uwagi poświęcane jest uzależnieniu od elektroniki oraz ślepemu oddaniu mediom, które jak mało kto, potrafią manipulować informacjami.

Właśnie to mnie zachwyca. Całość nie jest skupiona tylko i wyłącznie na supermocach oraz walce ze złem. Zobaczymy tutaj zwykłą codzienność. Rodzinne śniadanie, sprzeczki, zwykłe domowe obowiązki. Niby nic nadzwyczajnego, ale dodaje całości pewnego smaczku.

I oczywiście humor. Jego nie mogło tu zabraknąć. Najwięcej zabawnych momentów jest za sprawą najmłodszego członka rodziny, czyli Jack-Jacka, który w tej części pokazuje swoją prawdziwą naturę. Bądźmy szczerzy. Niejednego rozbawi również oglądanie Inienamocnego w roli koguta domowego.

Antagonista też został dość dobrze wykreowany. Mimo że dość szybko zorientowałem się, kto może nim być nie przeszkadzało mi to w dalszym poznawaniu historii. Bardzo przypominał mi V z „V jak Vendetta”. Nie jest on do końca zły. Swoje przeżył, a teraz próbuje otworzyć ludziom oczy na to, co się wokół nich dzieje. Może zbyt ostrymi metodami, ale liczą się efekty.

Nie mogę powiedzieć, że film „Iniemamocni 2” jest znakomitą kontynuacją, bo nie widziałem pierwowzoru. Jedyne, czego jestem pewien to fakt, że zachwycili mnie i to konkretnie. Nie tylko bardzo dopracowaną fabułą, ale również cała otoczką bardzo przypominającą stare dobre kryminały. Nawet wystrój domów wydawał się taki bardziej oldschoolowy. W ogólnym rozrachunku chyba nie mam się, do czego przyczepić. To znakomite kino dla całej rodziny. Dlatego oceniam go na 5/5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz