13 maja 2018

V jak Vendetta

0
Przyznajmy się szczerze, ile ekranizacji komiksów możemy uznać za udane. Ile z nich skrywa w sobie głębszą treść. Opowiada historię, które mimo lat nadal jest aktualna. Pewnie znawcy gatunku potrafiliby wymienić ich kilka. Dla mnie jednak pewna produkcja wyróżnia się na tle wszystkich. Mowa tu o „V jak Vendetta” wyreżyserowanym przez James’a McTeigue’a. Co najciekawsze scenarzystami byli Bracia Wachowscy odpowiedzialni za chociażby Matrixa. Samo to powinno postawić ten film bardzo wysoko i tak jest.

Niedaleka przyszłość. Anglia stała się państwem totalitarnym, w którym władza w pełni kontroluje społeczeństwo, a każdy, kto gotowy jest się jej przeciwstawić musi zginąć. Na szczęście na tle tego wszystkiego rodzi się bohater. Niejaki V (Hugo Weaving), który w stroju Guya Fawkesa próbuje zadać rządzącym jak największe straty i jednocześnie poruszyć ludzkie serca. Pewnego razu z rąk oprychów ratuje młodą kobietę Evey Hammond (Natalie Portman). Od teraz te dwójką zaczyna łączyć coś więcej niż uczucie.

Muszę przyznać, że ilekroć bym tego filmu nie oglądał zawsze mnie zachwyca. Tak dogłębnie porusza tematy, na które staramy się być ślepi. Mowa tu o niesprawiedliwości, coraz większej kontroli, perfidnej i nieuczciwej władzy oraz rasizmu przeplatanego z homofobią. Najstraszniejsze jest jednak to, że sami to widźmy. Obserwujemy to, na co dzień jak coraz bardziej zapadamy się w tę mroczą otchłań.

„Ludzie nie powinni bać się rządzących, to władza powinna bać się ludzi.”
V jak Vendetta

Chciałbym teraz zwrócić uwagę na głównego bohatera, ponieważ on najbardziej się tutaj wyróżnia. Dzięki masce został on pozbawiony wszelakich emocji. Z tym samym tajemniczym uśmiechem zabija, tańczy a nawet robi śniadanie. Jest zamkniętą księgą, po której niewiadomo, czego można się spodziewać, bo brakuje nawet tytułu na grzbiecie. Po części jest szaleńcem, po części natomiast dżentelmenem. Człowiek orkiestra. Człowiek zagadka. I to wszystko ukryte za maską. Genialny pomysł. Chwała dla Alana Moore'a twórcy tej niezwykłej postaci. To właśnie jego komiksy natchnęły scenarzystów.

Nie można jednak zapomnieć o tym, że to nie tylko Hugo Weaving tutaj występuje, chociaż bardziej skupiłem się na postaci, którą gra niż na nim samym. Spójrzmy jednak na resztę. Natalie Portman, Stephen Rea, John Hurt nawet Rupert Graves. Wszyscy oni grają w sposób rewelacyjny. Nie wiem jak to inaczej opisać, ale przyjemnie się ich ogląda. Widać ile pracy oraz serca władają w każde wypowiedziane słowo. To jest aktorstwo na najwyższym poziomie, a Hurt pobił wszystkie swoje dotychczasowe role (w których go widziałem) i wywołał u mnie czyste przerażenie. Stał się dyktatorem z krwi i kości. Przyznam, że na uwagę zasługuje jeszcze kilka osób, ale sami musicie ocenić, która postać najbardziej Was poruszyła.

Czas trochę zwolnić. Spojrzeć na całość z lekkim przymrużeniem oka i nie zwracając uwagi na tło polityczne spojrzeć na sam film. Ostatecznie to kino akcji, ale dość specyficzne, ponieważ to nie walki stają się główna siłą napędowa produkcji. Z tego, co zauważyłem to chyba dwa starcia są takie ciekawsze. Jedno bardziej fantazyjne od drugiego. W nich najlepiej było widać, że tym wszystkim zajmowali się ludzie od Matrixa, bo brakowało mi tylko uchylania się przed kulami.

Całą te przemoc, mrok skryty między scenami osładza poezja regularnie cytowana przez V. Początkowo pasuje tu jak dziura w płocie, ale z czasem nabiera coraz większego wydźwięku. Staje się samo żyjąca formą idealnie ilustrującą to, co się dzieje. Nawet nabrała mnie ochota na dzieła Szekspira, ale wiem, że to byłby ciężki orzech do zgryzienia.

W ogólnym rozrachunku „V jak Vendetta” ma wszystko, co potrzeba żeby zasłużyć na miano najlepszego filmu. Skrywa w sobie wiele mądrości, ma znakomitą obsadę, wspaniałą muzykę a sama historia, mimo że dość kontrowersyjna opowiedziana jest przyjemnie i nietuzinkowo. Ludzie to doceniają. Nawet na Filmwebie ma ocenę 7,4 chociaż nie wiem czy to jest dobry punkt odniesienia. Mi się osobiście ten film podobał i wiem, że jeszcze nie raz z przyjemnością do niego wrócę. Moja ocena to 5/5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz