19 kwietnia 2018

Kingsman: Złoty krąg

0
Niewielu reżyserom udaj się przełamać klątwę kontynuacji. Stworzyć ją w taki sposób żeby nie tyle była lepsza, co chociaż równa z pierwszą częścią. Dlatego też do najnowszej odsłony „Kingsmana” zatytułowanej „Złoty Krąg” nie podchodziłem z wielkimi nadziejami. Powiedziałbym nawet, że najbardziej ciekawiło mnie w niej to, jak bardzo absurdalnymi pomysłami zaskoczą nas scenarzyści. I muszę przyznać postarali się, ponieważ absurd szyty tu jest naprawdę grubymi nićmi.

Po tym jak agencja Kingsman zostaje prawie doszczętnie zniszczona. Dwóch ostatnich agentów Eggsy (Taron Egerton) oraz Merlin (Mark Strong) wyruszają do Ameryki by z pomocą siostrzanej agencji Statesman odnaleźć sprawców zamachu. Jednakże nie spodziewają się nawet, jaka niespodzianka tam na nich czeka.

O fabule nie chce zbyt wiele opowiadać, bo tak naprawdę niema, o czym. Niby jest pewien wątek nawet antagonista się znalazł, chociaż moim zdaniem strasznie komiczny. Dlaczego zapytacie? Niech ja pomyślę. Bo to kolejny świr? Inaczej nie da się go określić. I nie chodzi mi tu tylko o chory plan, który próbuje wprowadzić w życie, ale o samą jej osobowość. Tak tym razem to kobieta. A co jest gorszego od niebezpiecznego faceta z manią wielkości? Piekielnie niebezpieczna kobieta z pragnieniem popularności.

Najprościej mówiąc absurd goni absurd. Pomysły scenarzystów, a dokładniej twórców komiksów, bo tak naprawdę nie mam jasnego pojęcia ile zostało wymyślone na potrzeby filmu, a ile zaciągnięte z pracy Dave’a Gibbonsa i Marka Millara, powalają mnie na łopatki. Scena z maszynką do mielenia. Nie wiem czy to miało mnie przestraszyć, zaskoczyć czy zniesmaczyć, ale jedyne, co u mnie wywołało to delikatne podniesienie się kącików ust. Oj to nie był śmiech a satysfakcja, że osiągnęli dno dna. Bo nie wiem jak inaczej to opisać. Bardziej przerażające już były czarno białe horrory. Tam potrafili budować napięcie, pobudzać wyobraźnię i naprawdę straszyć. Tutaj dostajemy jedną wielką moim zdaniem nieudaną parodię filmów o agentach. Chciałem nawet ją dołączyć do takich znakomitych produkcji jak „Naga Broń”, „Hot Shots!” czy też „Strzelając Śmiechem”, ale nawet one wykazywały nieraz lepszym scenariuszem oraz ciekawszymi wątkami.

W porównaniu do jedynki dostajemy tutaj kompletne zero. „Tajne służby” były ciekawe, bo obserwowaliśmy tam rozwój Eggsy’ego. To było coś w podobie Genezy jak w przypadku Wolverine’a. Od zera do bohatera czy jakoś tak. Widzieliśmy jak dorasta, jak przechodzi wszystkie testy, żeby zostać agentem. To naprawdę dobrze wyglądało. Zaraz skoczę do tamtej recenzji i podwyższę jej ocenę. Wróćmy jednak do „Złotego kręgu”. Wydawało mi się, że pojawienie się nowej agencji będzie odświeżeniem wszystkiego. Niestety strasznie się myliłem, ponieważ Statesman jest do kitu i to na całej linii. Zaczynając od pseudonimów kończąc na ich broniach. Może kogoś zachwyci laserowe lasso, ale ja do tego grona nie nalezę. Najlepiej jednak brak pomysłów widać w odświeżonej scenie z barku, która w pierwszej części naprawdę mnie zachwyciła.

Jedno trzeba przyznać. Twórcy trochę oszczędzili makabrycznych scen. Stonowali całą produkcję kierując ją do nieco większego grona widzów. Pamiętacie z poprzedniej części scenę w kościele albo tę kończącą cały film. Tym razem oszczędzono widzom rzezi niewiniątek i krew leje się w kilku sporadycznych momentach.

Interesujące jest jednak wyśmianie polityki antynarkotykowej w Stanach Zjednoczonych. Co zabija więcej ludzi na świecie alkohol czy narkotyki? Moim zdaniem powinno się zrobić pod tym względem niezłą roszadę i zobaczyć, który nałóg przynosi więcej szkód. W końcu pamiętajmy, że zakazany owoc smakuje najlepiej.

Nawet pojawienie się we własnej osobie Eltona Johna nic tu nie zmienia. To tak jak wątek z Rihanną w „Valerianie i Mięście Tysiąca Planet”. Po dzisiaj dzień nie mam pojęcia, po co ją tam wcisnęli. Niby miała mały epizod, ale nie została w mojej pamięci na zbyt długo. Obawiam się, że tutaj będzie tak samo.

Zapytacie, co w tym filmie ciekawego znalazłem? Nie wiem, jeszcze się nad tym zastanawiam. Nawet sceny walk przypominają mi stare japońskie filmy. Wiecie jeden skok i ląduje na trzecim piętrze. Łamanie praw fizyki jak się patrzy. Tutaj nie jest lepiej. Zwłaszcza, że obserwując tak całą produkcję bardziej ufali gadżetom niż własnym umiejętnościom. To trochę przykre.

„Kingsman: Złoty Krąg” to moim zdaniem fenomen. Mimo kompletnego braku polotu naprawdę przyciąga. Nie wiem jak to się dzieje, ale jest duże prawdopodobieństwo, że jeżeli się pojawi kolejna część obejrzę ją. Dochodzę do wniosku, że mam skłonności masochistyczne. Dlatego pora kończyć tę recenzję. Nie wiem czy to najniższa ocena w historii mojego bloga, ale daje 2/5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz