Tryb noc/dzień

8 lipca 2021

Cruella

5
Niezbyt często mamy okazję spojrzeć na oprycha z nieco innej perspektywy. Zazwyczaj jest to postać drugoplanowa, której nieważne jak dobry plan skazany jest na porażkę. W końcu to bohater musi grać pierwsze skrzypce, okazać się tym lepszym, niepokonanym. Co jednak, jeżeli w końcu to czarnym charakterom damy szansę przemówić. Opowiedzieć nam ich własną historię i to nie tylko, jako kilkuminutową retrospekcję, ale dwugodzinne dzieło przedstawiające, czemu są tacy, a nie inni? Oczywiście, jeżeli spojrzymy na kinematografię nie jest to nic nowatorskiego, ale nadal rzadko wykorzystywane. Uważam jednak, że warto to zmienić, zwłaszcza po obejrzeniu „Cruelli”.

Estella (Emma Stone) nie miała łatwego dzieciństwa. Nie wystarczy, że zawsze się wyróżniała z powodu swoich dość niezwykłych włosów oraz nietuzinkowym spojrzeniem na modę to jeszcze w dość młodym wieku straciła matkę. Na szczęście na swojej drodze spotkała dwóch ulicznych złodziejaszków, dzięki którym zyskała nie tylko rodzinę, ale jej pasja do projektowania stała się czymś użytecznym. Wszystko zmienia się jednak w dniu, gdy zostaje zauważona przez Baronową (Emma Thompson) królową mody potrafiącą dostrzec w dziewczynie potencjał.

Muszę przyznać, że czegoś takiego się nie spodziewałem. Nie wystarczy, że Disney wyszedł po raz pierwszy od dawna poza ramy ekranizacji kolejnego swojego dzieła to jeszcze pozwolił widzowi spojrzeć nieco inaczej na jedną z najbardziej wyróżniających się postaci w swoim repertuarze. Sam znam osoby, które bardziej lubią Cruellę de Mon niż resztę bohaterów widząc w niej niezrozumiałą postać tragiczną. I coś w tym jest. Patrząc na nią z perspektywy tego dzieła widzimy damską wersję Doktora Jekylla i pana Hyde’a. Oczywiście niezmutowaną i krwiożerczą, ale niepotrafiącą do końca określić swojej osoby. Obserwujemy dwie natury. Z jednej strony bardzo uzdolnioną projektantkę z głową pełną pomysłów z drugiej natomiast intrygantkę i królową zbrodni. Dwie tak różne osobowości w jednym ciele. I to jest piękne. Nie jest to przesłodzona historyjka dla młodego widza, a pełnokrwista i momentami brutalna opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca i walce o swoje. Idąc czasami nawet po trupach do celu.
Wielkim plusem jest również iście gwiazdorska obsada. Emma Stone (zdobywczyni Oskara za pierwszoplanową rolę w La La Land) cudownie wciela się w swoją rolę oddajać w niej sto procent siebie, cudownie ukazując nawet mimikę w najdrobniejszym szczególe. Emma Thompson (dwukrotna zdobywczyni Oskara) to klasa sama w sobie. Nic dziwnego, że jest tak często nominowana do wszelakich nagród filmowych. Baronowa w jej wykonaniu to prawdziwy majstersztyk. Na sam jej widok na ekranie otwiera mi się scyzoryk w kieszeni. I jeszcze Mark Strong. Sam nie wiem, za którą rolę w jego karierze lubię go najbardziej, ale tutaj był chyba najlepszą postacią męską.

Jednak to, co spowodowało mój największy chyba zachwyt to oprawa wizualna. Wspaniałe kreacje zmieniające się częściej niż pogoda w maju, czy też wspaniałe ukazanie lat 70. To na serio miło się ogląda. Tak samo jak i sceny pościgów. No właśnie. Nie pomyślcie, że to jakaś nudna biografia. To takie połączenie kina akcji z delikatną nutą komedii i dramatu. Jak sami widzicie mix dość nietuzinkowy, ale bardzo udany. Zwłaszcza, jeżeli dorzucimy do tego rewelacyjny soundtrack oraz wspaniałe prowadzenie kamery.

Niebyłym sobą gdybym jednak twórcom czegoś nie wytknął. Chodzi mi o poprawność polityczną i to grubymi nićmi szytą. Pamiętacie może Anitę z kreskówki? Ciepłą, troskliwą blondyneczkę w wiecznie spiętych włosach. Tutaj jej nie ujrzycie. I nie zrozumcie mnie źle. Wcielająca się w nią Kirby Howell-Baptiste jest fantastyczną aktorką, ale za grosz nie jest zbliżona do swojego pierwowzoru, trochę podobnie jest z Rogerem, którego gra Kayvan Novak.

Kolejny mankament to pewna infantylność w niektórych scenach. Na szczęście można je policzyć na palcach jednej ręki i to u drwala, ale mnie najbardziej zaskoczył moment już pod sam koniec. Gdy to wszystko ma się wyjaśnić, a życie głównej bohaterki całkowicie odmienić. Uwaga na mały spoiler. Chodzi mi dokładnie o urwisko. Twórcy mogli tu wymyśleć dziesiątki innych pomysłów na rozwiązanie tego zagadnienia, a wybrali ten najbardziej odrealniony i trywialny. Na szczęście to tylko pojedynczy incydent.

„Cruella” to nie adaptacja ani ekranizacja. To samodzielny twór, który zasługuje na to, co najlepsze. Nie tylko widza zaskakuje czy też bawi momentami, ale co również ważne pokazuje, że świat, w których pojawia się 101 dalmatyńczyków ma jeszcze coś do powiedzenia, chociaż nie on jest tu najważniejszy. W końcu jakiś czarny charakter ma szanse zabłysnąć, rozwinąć swe czarne skrzydła i pokazać prawdziwą wartość. Musicie go obejrzeć sami. Ja jednak dam oceną 5-/5.

5 komentarzy:

  1. Sam pomysł na przedstawienie tej postaci zwraca uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie słyszałam o niej, ale brzmi bardzo zachęcająco. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej polecam bo jest na co popatrzeć.

      Usuń
  3. Film jest super! Nie mogę się doczekać kiedy obejrzę go znowu 💜 muzyka, kostiumy, pomysł i gra aktorska na najwyższym poziomie. Z tą Cruellą mogłabym się nawet zaprzyjaźnić 😁 jak sam mówisz: to oddzielna historia. Roger i Anita nie muszą przypominać postaci z kreskówki. Emma Stone też nie jest pajęcza 😉 to mi nie przeszkadza, ale ja w ogóle takie filmy traktuję jako rozrywkę i nie jestem zbyt ortodoksyjna w podejściu do tematu. Tak czy siak: film jest super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze nie muszą przypominać, ale czy to nie próba ponownego wciśnięcia na siłę poprawności politycznej? Cruella nie jest pajęcza ale trzeba pamiętać że w 101 Dalmatyńczykach jest ona dużo starsza. Może schudnąć koloru skóry się nie zmieni z czasem.

      Usuń