Tryb noc/dzień

11 lutego 2021

Listy do M. 4

0
Zaglądając do kalendarza nie da się zaprzeczyć, że mamy już luty. Nawet ten śnieg za oknem zbyt wiele nie zmieni, bo w końcu bliżej nam do Wielkanocy niż zeszłorocznej Wigilii, która dla wielu jest już tylko wspomnieniem. Ja jednak chciałbym wrócić do tamtego okresu. Gdy sklepy przepełnione były ozdobami świątecznymi, w domach czuć było zapach piernika, a ludzie potrafili być dla siebie nawet życzliwi mówiąc proste i staromodne Wesołych Świąt. Był to również okres, który nierozłącznie kojarzy mi się z kinowymi hitami w postaci „Listów do M.”. Cudownej moim zdaniem komedii pokazującej, co jest w świętach najważniejsze. I wiecie, co? Ktoś to wszystko spartolił i to pierwszorzędnie tworząc oderwaną od rzeczywistości czwartą już odsłonę tej kultowej serii. Jedno trzeba jednak pamiętać. Kasa musi się zgadzać.

Wigilia oraz czas przedświąteczny potrafi namieszać w życiu każdego. To właśnie wtedy zwyczajne spotkania mogą odmienić całe życie, a nawet najmniejsze sprzeczki rosną do miana rodzinnej tragedii. Ponownie Mel (Tomasz Karolak), Karina (Agnieszka Dygant), Szczepan (Piotr Adamczyk), „Gibon” (Borys Szyc), Wojciech (Wojciech Malajkat) oraz kilku innych bohaterów będą musieli zmierzyć się z tym, co im los przyniesie, a uwierzcie nie będzie on dla nich łaskawy. W końcu to jednak święta i każdy zasługuje na swój happy end.

Przyznam Wam się szczerze, że najchętniej napiłbym się teraz melisy i to w ilościach hurtowych żeby tylko bez zbędnych emocji nie pisać tego, co mi ślina na język przyniesie, bo będę miał gwarantowany ban na każdym portalu gdzie tylko ta recenzja pojawi. Dlatego też zacznę od tego, co było w porządku. W sposób niezwykle ujmujący zachwyciły mnie kadry nagrywane z drona oraz przepiękna i idealnie dobrana ścieżka dźwiękowa. I to by było na tyle. Pora zjechać ten film, bo w pełni na to zasługuje.

Największą bolączką tej produkcji jest kompletny brak pomysłu oraz wyobraźni ze strony producentów. Chęć zareklamowania jak największej ilości sklepów stała się bardziej istotna niż jakakolwiek spójność fabularna. Nie wiem, co ich podkusiło, żeby wciskać tu nowych bohaterów, których historia jest nam kompletnie obca dając im jednocześnie marnych kilka minut, które nie pozwoliły nawet na ugotowanie wody w oldschoolowym czajniku. Rafał Zawierucha jest rewelacyjnym aktorem docenionym nawet przez zagranicznych reżyserów, ale tutaj wygląda jak jakiś statysta. Tylko ciut mniejsze role miały śnieżynki występujące u boku Tomasza Karolaka. Wybaczcie, ale patrzenie na niego, a raczej na jego postać było jak wyrywanie zębów bez znieczulenia. Kiedyś Mel był najmocniejszym ogniwem tej serii. Mimo swojego chłodnego obycia, durnej czasem gadki oraz wkurzającego charakteru z przyjemnością się go oglądało dla tych kilku żarcików, którymi potrafił obdarować widza. Tutaj zachowuje się jak dziecko, któremu odebrano lizaka. Oczywiście twórcy chcieli tu wplątać bardzo życiowy motyw mobingu oraz molestowania w pracy, ale na co to komu w familijnym kinie świątecznym zwłaszcza gdy ciągle i ciągle powtarza się te same nie śmieszne teksty. Na co tu jeszcze pomarudzić? Na Wojciecha Malajkata, któremu odebrano kompletnie ciepło, które po prostu od niego buchało. Od początku, gdy się tylko pojawił czułem do niego sympatię mimo tego dość chorobliwego perfekcjonizmu, który został przypisany jego bohaterowi. Śmiałem się z nim równie często jak i smuciłem. Tutaj jednak jest cieniem siebie. Wydmuszką niepotrafiącą zrobić następnego kroku. W ogóle wydaje mi się, że ten wątek został stworzony tylko w jednym celu. W celu marketingowym, bo jak to mówiłem na wstępie? Kasa musi się zgadzać.

Tylko Karina i Szczepan trzymają jakoś poziom. Nadal się na siebie krzyczą, rozbijają porcelanę i nie zgadzają się w dosłownie wszystkim, ale bądźmy szczerzy za to właśnie ich pokochaliśmy. Tą swoją czasem negatywna energia mogliby rozdzielić setki osób. Tutaj jednak wszystko ma sens. W ich przygodzie widać ździebko humoru ze starych komedii oraz problem, z którym boryka się większość ludzi mieszkających w blokach, a może i w domkach również. Kto z Was zna swoich sąsiadów? Spokojnie to nie jest zapowiedz horroru.

Może mi nie uwierzycie, ale to tylko niektóre z wątków, które pojawiają się w filmie. Jest ich całe mnóstwo mniej albo bardziej istotne. Samych bohaterów trudno byłoby policzyć na palcach obu dłoni, ale co z tego, jeżeli mają oni tylko chwilę, a dialogi, które wypowiadają spokojnie zmieściłyby się na kartce formatu A4. To cholernie niesprawiedliwe zwłaszcza, że taki Eryk Lubos czy też Danuta Stenka potrafią naprawdę wiele, ale skrzydła są im podcinane.

Chciałbym powiedzieć, że wszystkiego jest tu za dużo, ale byłoby to kłamstwo. Bo za grosz nie uświadczymy tu świątecznego ciepła i humoru, który pojawiał się w poprzednich częściach. I nie chodzi mi tu o fakt, że dostaliśmy go w lutym, a nagrywany był w okresie, gdy było trzeba dodatkowo odśnieżać niektóre sceny, ale o to, iż wszystko zostało wykonane na odwal się. Tak to dla mnie wygląda. Niedopracowany, wyprany momentami z emocji oraz nafaszerowany lokowaniami produktów naprawdę nie przyciąga. Nawet złość tak towarzysząca wszystkim bohaterom staje się zaraźliwa. Może i dobrze, że film ten nie pojawił się w kinie. Moim zdaniem nie zasługuje na duży ekran. Widziałem seriale bardziej wciągające i po prostu ciekawsze niż ten spreparowany misz masz. Nawet nie wiem czy mam ochotę zachęcić Was do samodzielnego obejrzenia i wystawienia własnej oceny. Ja planuje go wykreślić z mojej pamięci. Dla mnie od teraz „Listy do M” kończą się na numerze trzecim, a ocena to 2-/5. I to tylko za Karinę i Szczepana.
Ukryj widgety

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza