18 listopada 2019

Czarownica 2

2
W ostatnim czasie, moim zdaniem oczywiście, Disney miał dość sporo wzlotów i upadków. Głównie za sprawą zbędnego ekranizowania dobrze wszystkim znanych animacji. Przebolałbym to gdyby wprowadzały one coś więcej niż tylko poprawność polityczną czy też próbę udowodnienia, jakich to speców od animacji posiadają. Na szczęście film, o którym dzisiaj opowiem łamie wszystkie te schematy ukazując indywidualizm oraz pomysłowość. W końcu nieczęsto bierze się drugoplanową postać z bajki i tworzy jej własną historię. Co ma miejsce w przypadku Diaboliny, która pierwszy raz pojawiła się w „Królewnie śnieżce” w 1959r. Mowa tu oczywiście o dziełach Disneya. Teraz jednak dostała film, w którym może pokazać, jaka jest naprawdę. Zapraszam na recenzję „Czarownicy 2”.

Po wydarzeniach z pierwszej części Knieja wypełniona po brzegi magicznymi stworzeniami rozwija się w najlepsze pod rządami uczciwej i niezwykle miłej Aurory (Elle Fanning). Tak samo dobrze o ile nie lepiej ma się jej znajomość z Księciem Philipem (Harris Dickinson). Oczywiście jak to bywa w tego typu historiach, gdy mężczyzna i kobieta mają się ku sobie muszą nastać zaręczyny, a potem impreza do białego rana z księdzem i mnóstwem gości. Tak jest i tutaj, co ma również swoje polityczne podłoże. W końcu dwie wojujące ze sobą krainy pogodzą się i będą żyć długo i szczęśliwie. Niestety w czasie przygotowań nie wszystko idzie po myśli młodej pary, a następujące po sobie wydarzenia mogą zmienić na zawsze oblicze znanego wszystkim świata.

Mam nadzieje, że zabrzmiało to wystarczająco dramatycznie, ponieważ film ten wywarł na mnie ogromne wrażenie. Bardzo istotne jest to, że obejrzałem go w kinie, a nie tak jak większość ostatnich Disnejowskich dzieł na telewizorze. Przy moich iluś tam calach ciężko byłoby osiągnąć takie fajerwerki jak na wielkim ekranie, a uwierzcie mi jest, na co popatrzeć. Dostajemy, bowiem niesamowite kino przygodowe stworzone z wielkim rozmachem i za grubą kasę, co jednak najlepsze każdy dolar jest znakomicie widoczny na ekranie. W efektach specjalnych, w kostiumach oraz niezwykłej charakteryzacji. Spokojnie film ten może konkurować ze wszystkim, co powstało na bazie prozy Tolkiena. Dla mnie trzy części „Hobbita” przy tym to pikuś. Mówię to z ręką na sercu, mimo, że minęło już od seansu trochę czasu i wszystkie te emocje powinny opaść. Niestety nadal mnie trzyma tak samo.

Gra aktorska jest tutaj na bardzo wysokim poziomie zwłaszcza, jeżeli spojrzymy na Angelinę Jolie. Nie wystarczy, że jest piękna i samą sobą rozświetla całą historię to jeszcze cudownie oddaje emocje i ukazuje graną przez siebie postać w sposób obłędny. Diabilony nie sposób nie lubić zwłaszcza, gdy zobaczymy jej prawdziwe oblicze pełne empatii, współczucia oraz głęboko ukrywanej dobroci. W końcu to wszystko widzieliśmy w poprzedniej części jednakże wydarzenia, które mają tu miejsce jeszcze bardziej otwierają ją na świat i to również ten ukryty. To taka mała podpowiedz, co do fabuły. Równie dobrze prezentuje się główna antagonistka, w która wciela się Michelle Pfeiffer. Znakomita aktorka zazwyczaj grająca takie twarde niezależne kobiety, ale tutaj musiała pokazać zepsute i zgorzkniałe, przepełnione smołą wnętrze jej jestestwa. Dla sprostowania to oczywiście osobowość Królowej Ingrith. Moją uwagę przykuła również inna postać kobieca i tak patrzę, że to właśnie one odgrywały tu pierwsze skrzypce. Mowa o niejakiej Jenn Murray grającej tu Gerdę. Bardzo szkoda, że trafiła jej się taka niezbyt miła postać, bo wykazuje ona dość spory talent, a w ten sposób zostanie bardzo szybko zaszufladkowana, jako wieczna bohaterka negatywna zwłaszcza przy takim dość nietypowym typie urody.

W tym momencie zaczyna się problem i to niemały. Początkowo miał się tu pojawić spoiler, który opowiadałby, a raczej zdradzał najlepszy pomysł twórców na pochodzenie Diaboliny. No wicie w końcu wcześniejszy film nie odpowiedział na to pytanie, które pewnie niejednemu chodziłoby po głowie. Nie może ona być człowiekiem, chyba że zna tak potężne zaklęcia które pozwalają dorabiać sobie skrzydła. Scenarzyści czy kto tam inny był za to odpowiedzialny rozwiązali to po mistrzowsku. Aż dech mi zaparło, gdy zobaczyłem pierwszą scenę ukazującą „to coś”. Na serio nie chcę zdradza zbyt wiele, ale aż mnie rozrywa żeby wyrzucić to w końcu z siebie. Dlatego lepiej będzie jak zakończę moje wywody i może za jakiś czas gdzieś w komentarzach dopowiem kilka rzeczy. Ale to już po premierze żeby nie psuć nikomu niespodzianki.

„Czarownica 2” to znakomity przykład tego, że sequel wcale nie musi być gorszy od pierwowzoru, a osoby nim się zajmujące mogą wprowadzić wiele ciekawych oraz niepowtarzalnych elementów. W końcu nie zawsze trzeba iść po schematach i udawać, że te same żarty zawsze będą zabawne. Tak na koniec takie małe ostrzeżenie, chociaż pewnie powinno znaleźć się na początku. Nie jest to film dla dzieci. Ciężko mi w dzisiejszych czasach określić, jaka grupa docelowa byłaby najlepsza, ale jest tu wiele scen nie tyle krwawych, bo na szczęście to zastąpiono w dość ciekawy sposób, to jednak jest tu przedstawiona walka na śmierć i życie. To nie gra w szachy, po której ponownie można postawić wszystkie pionki i cieszyć się z kolejnej partii. To taka mała dygresja na koniec i postaram się ją tu odpowiednio oznaczyć, ale muszę ocenić ten film na mocne 5+/5. Za kawał dobrze wykonanej roboty.

2 komentarze:

  1. O kurczę! Wypada aż tak dobrze? Kompletnie się tego nie spodziewałam. Szczerze powiedziawszy sądziłam, że będzie dość przeciętną produkcją. Teraz na pewno muszę obejrzeć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie wyszedł rewelacyjnie. W porównaniu do pierwszej części dużo więcej się dzieje i pod względem historii samej w sobie jak i widowiska.

      Usuń