29 sierpnia 2018

Ant-Man i Osa

0
Z roku na rok Universum Marvela staje się coraz bardziej rozbudowane. I coraz trudniej oglądać nowe filmy bez znajomości wcześniejszych dzieł. Zwłaszcza, że większość pojedynczych historii została już opowiedziana a to, co tworzą teraz to zazwyczaj sequele, czyli kolejne części tej samej opowieści. Nieco inaczej sprawa się ma z najnowszym „Ant-man i Osa” wyreżyserowanym przez Peytona Reeda. Głównie, dlatego że z całością wiąże go tylko jeden wątek, a wiele rzeczy zostaje wyjaśniona w krótkich retrospekcjach. Czas jednak na fabułę.

Scott Lang (Paul Rudd) przebywa w areszcie domowym i próbuje nadrobić zaległości w opiece nad córką. Wydaje się, że wszystko idzie ku lepszemu. Wraz z kolegami ma firmę zajmującą się zabezpieczeniami, czyli można powiedzieć wyszedł na prostą. Niestety życie czasem potrafi płatać naprawdę niezłe figle. Ponownie będzie musiał połączyć swoje siły wraz Hankiem Pymem (Michael Douglas) oraz Hope van Dyne (Evangeline Lilly), a wszystko to za sprawą dość dziwnego snu. Najgorsze, że na ich drodze stanie nowy przeciwnik. Niejaki Duch obdarzony naprawdę niezwykłymi mocami. Adrenalina gwarantowana.

W tym momencie powinienem zacząć chwalić albo ganić samą produkcję, ale chciałem zwrócić uwagę na pewną bolączkę, która niestety coraz częściej się przytrafia najnowszym filmom. Dobrze może trochę przesadziłem, bo zaraz mnie wypytacie gdzie ona jeszcze występuje a ja nie będę potrafił podąć konkretnych tytułów. Chodzi mi o spolszczanie nazw własnych. W samym tytule macie tego znakomity przykład. Osa zamiast Wasp. Niby nic wielkiego, ale moim zdaniem wygląda komicznie i strasznie daje po oczach.

Historia, która tutaj otrzymujemy jest moim zdaniem naprawdę ciekawa i energetyczna. Budowana zna zasadzie podążania za białym królikiem. Może nie do końca za nim, ale kilka grup stara się zdobyć pewien przedmiot. Nie będę zdradzał, co to jest, ale dzieje się tu naprawdę dużo. Wątki się ze sobą łączą i tworzą całkiem nieźle spójną całość, chociaż gdyby twórcy usunęli nawet dwa z nich nie pogorszyłoby to całego dzieła a nadałoby nieco elastyczności.

Największa zaleta to oczywiście prawa fizyki oraz całe to zmniejszanie i powiększanie. Nie jestem jednak profesorem żeby przyczepić się pewnych niuansów tej kwestii, dlatego jestem zachwycony tym, co zobaczyłem. W pierwszej części zachwycił mnie świat mrówek, którego poznawał Scott. Tym razem jednak wszystko to zostało przeniesione do prawdziwego życia. Po prostu obłędnie wyglądały pościgi samochodowe oraz walki, których tutaj nie zabrakło.
W tej kwestii warto wspomnieć o Hope granej przez Evangeline Lilly znaną z „Zagubionych”. To co ją wyróżnia na tle całości to niezwykła energia którą pokazuje w każdej scenie. W poprzedniej części była tylko dodatkiem do historii. Kilka razy walczyła, ale był to tylko trening, przez co brakowało w tym ekscytacji. Tutaj widać, że jest w swoim żywiole.

Gry aktorskiej chyba nie muszę chwalić, bo to rozumie się samo przez się. Tak dobrze dobranej obsady aktorskiej dawno nie widziałem. Wszyscy robią to, co muszą i wkładają w to sto procent siebie. Najlepiej jednak ze wszystkich wychodzi Michael Pena, czyli filmowy Luis. On mnie rozbraja i to na całej linii. Jest po prostu komiczny i niejednokrotnie skrada film tylko dla siebie spychając resztę bohaterów na dalszy plan. Jego kumple, mimo że mniej mówią to też potrafią rozbawić. Hannah John-Kamen również jest warta uwagi, ponieważ niezwykle udanie oddaje postać Ducha, który nie jest tu pełnokrwistym antagonistą. O tym jednak będziecie musieli przekonać się sami.

Sam nie wiem, co więcej mógłbym powiedzieć o tym filmie prócz tego, że „Ant-man i Osa” to naprawdę dobrze wykonana kontynuacja. W innych przypadkach takie nafaszerowanie humorem i efektami specjalnymi mogłoby przyprawić widza o rozstrój żołądka jednakże twórcom udało się tu wszystko zrównoważyć. Chwała im za to. Nie zapominajmy jednak o tym, że nie jest to kino ambitne w pełnym tego słowa znaczeniu. Wydaje mi się ze produkcja to taka odskocznia od bardzo poważnych i czasem niezwykle smutnych Avengersów. Trzeba czasem pozwolić widzowi by odnalazł w sobie dziecko . Uwierzcie mi. Bawiłem się naprawdę świetnie i ze szczerym sercem zapraszam wszystkich do kin. Moja ocena to 5/5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz