19 czerwca 2018

Jurassic World: Upadłe królestwo

0
Uważam, że w ostatnim czasie Hollywood coraz mniej zaskakuje widza. Bez przerwy jadą na już przetartych szklakach tworząc, jeżeli nie nowsze wersje starych produkcji, to po prostu dalsze ich części. Nie widzę w tym nic złego. O ile ma się dobry pomysł. Dlatego też do ”Jurassic World: Upadłe królestwo” podchodziłem z niemałym lękiem i masą wątpliwości. W końcu to już chyba piąta część z dinozaurami licząc te wyreżyserowane przez Stevena Spielberga dwadzieścia pięć lat temu. Co jednak najbardziej wątpliwe to zmiana reżysera. Pierwszą częścią tej odświeżonej trylogii zajmował się Colin Trevorrow, który spisał się całkiem nieźle. Dlaczego więc zmieniać zwycięski skład? Nie skreślajmy jednak J.A. Bayona na samym początku. Ma on na swoim koncie kilka filmów, więc nie jest w tym temacie amatorem. Zanim jednak dojdę do tego jak mu poszło czas wspomnieć, co nieco o fabule.

Na wyspie Isla Nublar zamieszkałej przez odtworzone genetycznie dinozaury dochodzi do katastrofy zagrażającej całemu ekosystemowi. Wulkan uważany za wygasły ponownie budzi się do życia. Były treser welociraptorów Owen Grady (Chris Pratt) oraz obrończyni dinozaurów Claire Dearing (Bryce Dallas Howard) wyruszają na niebezpieczną wyprawę, której celem jest ocalenie gadów przed kolejnym wyginięciem. Niestety nie wszystko idzie po ich myśli.

Powiem szczerze. Ten film mnie zawiódł. Może nie na całej linii, ale tak w dwóch trzecich. Głównie z powodu dość spokojnej fabuły. Brzmi to trochę dziwnie, ale spodziewałem się ciągłych pogoni, ucieczek. Ogólnie czegoś, co podnosiłoby mi, co chwilę adrenalinę nawet nie uczestnicząc w owej wyprawie. Liczyłem, że wielki ekran i znakomity dźwięk po prostu wbiją mnie w fotel. Niestety tak nie było. Marnie również wyglądają dialogi, relacja głównej pary bohaterów oraz kilka innych rzeczy. Słabo został wykorzystany sam Chris Pratt, który stał się dzięki „Strażnikom galaktyki” prawie komikiem. Może trochę przesadzam, ale koleś ma niezłe poczucie humoru, a tutaj niestety nie było tego widać. Ciekawe czy wersja z napisami nie okazałaby się zabawniejsza.

Trochę lepiej prezentuje się produkcja pod względem wizualnym. Widać, że J.A. Bayona jest wyznawcą starej szkoły i zna się na swojej robocie. Nie macha bezsensownie kamerą, a kieruje nią w sposób mistrzowski. Rewelacyjnie bawi się światłem i cieniem. Widać to chociażby w scenie w laboratorium na wyspie. Wie, kiedy nadać produkcji artyzmu i nieco zwolnić budując przy tym mnóstwo napięcia. Obracanie kamery, nadawanie wszystkiemu nieco innej perspektywy oraz zbliżenia przypominające bardziej kino grozy niż pełnoprawny film akcji po prostu mnie zachwyciły. Widać, że nie powstały one w skutek zwykłego zbiegu okoliczności, a są owocem ciężkiej pracy reżysera oraz ekipy twórców.

Zachwyca mnie również to, że w końcu ktoś postanowił odejść od generowanych komputerowo dinozaurów na rzecz animatroniki. Nie jest to krok wstecz jak mogłoby się wydawać, a bardziej zaciągnięcie z pierwszej części Parku Jurajskiego tego, co najlepsze. Oczywiście nie zawsze można było używać robotów, technologia nie poszła jeszcze, aż tak bardzo do przodu, żeby mechaniczne gady mogły biegać po wielkiej przestrzeni.

Ciekawym również manewrem ze strony twórców było wykorzystanie klaustrofobicznych pomieszczeń, w których regularnie zamykano bohaterów. Ciasne i długie korytarze, mnóstwo zamkniętych drzwi sprawiały, że nie zostawało nic innego jak tylko ucieczka. Ucieczka od której zależało życie.

Warto również wspomnieć o innych postaciach, które tutaj spotykamy. Niestety tworzeni byli strasznie stereotypowo. Nerd lękający się wszystkiego zdolny do chwilowych wybuchów heroizmu, myśliwy pragnący zdobyć najwspanialsze trofeum jak i również przydupas mający własny wielki plan. Wszystko to wydaje się aż nazbyt znane i wielokrotnie powtarzane. Scenarzyście mogliby pójść o krok dalej i zaprezentować coś nowego. W końcu każdy film z serii jest budowany według bardzo podobnego schematu, chociaż tym razem zasiali pewne ziarenko tajemnicy, które mam nadzieje wykiełkuje w ostatniej części trylogii.

”Jurassic World: Upadłe królestwo” nie jest filmem złym. Kuleje trochę fabularnie i razi w oczy stereotypami jednakże wizualnie pokazuje naprawdę wysoki poziom. Widać, że starano się wrócić do wzorów kreowanych przez Spielberga i to właśnie na jego twórczości się inspirowano. Słowa uznania nalezą się również reżyserowi. Nie chce pokazać go tylko, jako kopisty niepotrafiącego samodzielnie tworzyć. Naprawdę potrafi on wzbudzić w widzach lęk oraz niepewność, wspaniale buduje napięcie i tworzy dzieła na najwyższym poziomie.

Koniec już z męczeniem tego filmu, bo i się tak najważniejsze jest, co Wy o nim sądzicie. Nie musicie zgadzać się ze mną w stu procentach, ale jeżeli jesteście wielbicielami tej serii musicie go zobaczyć. Moja ocena to nieco naciągane 4/5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz