Tryb noc/dzień

16 października 2020

Dobry omen

3
Z niektórymi twórcami literatury fantastycznej jest tak, że nie trzeba czytać ich książek żeby wiedzieć, o kogo chodzi. Ich nazwiska niejednokrotnie pojawiają się na pierwszych stronach innych dzieł albo w luźnych wypowiedziach osób powiązanych ze środowiskiem wydawniczym. Tak jest chociażby w przypadku Neila Gaimana i Terry’ego Pratchetta. Osoby bardziej doświadczone w ich twórczości spokojnie pewnie powiedzą, iż różnica w stylach obu pisarzy jest znaczna, ale nawet to nie przeszkodziło im w napisaniu wspólnego dzieła zatytułowanego „Dobry omen” wydanego naszym kraju w 1992 roku. Ja jednak opowiem o jej dość świeżutkiej i udanej ekranizacji.

Azirafal (Michael Sheen) i Crowley (David Tennant) od tysiącleci obserwują poczynania ludzkości, będąc jednocześnie świadkami jak i sprawcami jej wzlotów i upadków. W końcu sami maczali swoje palce w kilku wydarzeniach. Głównie dlatego, że pierwszy jest aniołem, a drugi demonem i takie mają zadanie. Mimo dzielących ich różnic muszą połączyć siły, gdy na horyzoncie pojawia się wróg zagrażający spokojowi nie tylko na świecie, ale również w zaświatach. Będą musieli zgładzić Antychrysta. Problem jest jednak taki, iż ma on dopiero 11 lat.

Zanim jednak wyleję wiadro pomyj na tę produkcję warto wspomnieć, że to nie film, a sześcioodcinkowy serial. Forma taka jest jednocześnie jego zaleta jak i również wadą i to ogromną nawet pomimo tego, że każdy odcinek trwa dobre pięćdziesiąt minut z hakiem. Bohaterowie, których możemy tu zobaczyć nie mają szansy rozłożyć skrzydeł. Niejednokrotnie pojawiają się w kilku minutowych retrospekcjach wyglądających jak reklamy w telewizji. Warto zwrócić uwagę, że wątków mamy kilka, więc prócz wspomnianych wyżej wysłanników zaświatów spotkamy tu Anathemę pilnującą przepowiedni swojej przodkini, łowcę czarownic, któremu brakuje piątek klepki oraz drugiego niepotrafiącego dogadać się z nowszymi technologiami jak i również kilka innych postaci. Sami widzicie, że dzieje się tu naprawdę wiele zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawią się Jeźdźcy Apokalipsy w nieco odnowionej wersji. Uważam, że z takiej historii spokojnie mógłby powstać nieco dłuższy twór, bo wiele rzeczy nie zostało jeszcze opowiedzianych.

Skoro już przy tym jesteśmy to postacie, a raczej relacje między nimi stają się najmocniejszą stroną tej produkcji. Niejednokrotni wyolbrzymione, ale jednak ukazane w sposób ciekawy doprawiają smaczku całości pokazując jednocześnie, że z każdym można się dogadać, a wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, czy jakoś tak. Przyjemnie obserwuje się przyjaźń, a nie tylko wieczne sprzeczki i mimo, że wszystko zostaje doprawione sarkazmem i niejednokrotnie różnego rodzaju słownymi szturchańcami zawsze jest ktoś, na kogo możemy liczyć. Wiem, iż brzmi to trochę dziwnie, ale sami zobaczcie jak twórcom udało się oddać te relacje.

Całość spokojnie można nazwać kinem absurdu doprawionym angielskich humorem bardzo zbliżonym do tego znanego z Cyrku Monty Pythona. Jest się, z czego pośmiać jak i zapłakać, ponieważ bardzo dobrze widoczny jest tu styl Terry’ego Pratchetta mający na celu ośmieszenie jak i wytknięcie ludzkości ich błędów. Niejednokrotnie w swoich książkach komentował pewne wydarzenia ukazując je w prześmiewczy i karykaturalny sposób. Zobaczymy tu między innymi wyniszczanie planety przez nasze działania. Dodatkowo wiele uwagi zostało poświęcone naszej religii, przez co mamy szansę zobaczyć w retrospekcjach Arkę Noego jak i również ukrzyżowanie Jezusa. Niby nic wielkiego, ale ukazuje nieco inne oblicze naszej wiary. I właśnie to jest to, co wyróżnia ten serial na tle innych. Pełna swoboda twórcza oraz mocne przesłania ukryte w znakomicie wykonanej otoczce.

Gra aktorska to też mistrzostwo, ale niema, co się dziwić w końcu wystarczy spojrzeć, kto pojawił się w obsadzie. Ku memu wielkiego zaskoczeniu nawet najmłodsi z grających w tym seriale wykazują całkiem niezły poziom, co dobrze wróży dalszym ich karierom. Dla mnie jednak prawdziwym mistrzem jest tutaj David Tennant. Jak ja go uwielbiam, od kiedy pierwszy raz zobaczyłem go w roli Doktora Who. Tym razem ponownie pokazuje wachlarz swoich możliwości oraz to uwielbiane przeze mnie szaleństwo. W końcu demon nie może być do końca normalny.

W Internecie widziałem wiele negatywnych opinii dotyczących efektów specjalnych, ale stwierdzam, że niektórzy zapominają, iż seriale mają za zadanie bawić widza, a nie obrzucać go, co chwila jakimiś fajerwerkami. Ja uważam, że twórcy wykorzystali w pełni swoje możliwości i chwała im głównie za minimalizm w ukazaniu nieba i piekła. Płonąc auto, pierwsza klasa. I jeszcze ta muzyka, która świetnie pasuje do całości. Tylko intro jakoś mną nie wstrząsnęło.

„Dobry omen” to serial, którego ciężko nazwać czarną komedią. Humor tu występujący jest dość specyficzny, czasem nieco mroczny, ale niema, co się dziwić. Wystarczy spojrzeć, kto napisał książkę na podstawie, której go nakręcono. Ciężko mu zarzucić coś złego prócz tego, że moim zdaniem jest zbyt krótki. Czuję ogromny niedosyt. Chciałbym się czegoś więcej dowiedzieć o Jeźdźcach Apokalipsy, a zwłaszcza o Śmierci. Wiem, w jaki sposób w swoich książkach ukazywał ją Pratchett, dlatego obawiam się, że tutaj jest cieniem samej siebie. Mimo to mogę dać szczere 5-/5.

PS. I jednak wiadra pomyj nie było.

3 komentarze:

  1. Moja przyjaciółka od premiery tego serialu naciska, abym go obejrzała. Chyba w końcu będę musiała to zrobić, bo jestem naprawdę ciekawa, ale jakoś ciągle omijam... :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczęłam oglądać. Obejrzałam dwa odcinki. W sumie przestałam, bo akurat skończył mi się abonament, ale...
    1. Bardzo spodobała mi się koncepcja współpracy diabła z aniołem. Dla mnie rewelacyjny pomysł, pokazujący, że nic nie jest czarno-białe. I na świecie potrzebna jest równowaga.
    2. Humor, rzeczywiście absurdalny, ale do mnie przemówił.
    Muszę w końcu wrócić do dokończenia serialu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem Ci, że interesujący może być ten serial.
    Chyba na początek poszukam książki :).

    OdpowiedzUsuń