Tryb noc/dzień

7 września 2020

Margaret Rogerson - Magia cierni

0
Każdy mól książkowy zwłaszcza ten, którego domeną jest fantastyka ma świat, do którego z przyjemnością by się przeniósł. Jedni pragną odnaleźć starą szafę by odwiedzić Narnię, inni marzą o pierścieniu by przeżywać przygody w tajemniczym Śródziemiu kolejni natomiast nie wymagają aż tak wiele, wystarczyłby im list dostarczony przez sowę by rozpocząć naukę w Hogwarcie. Ja jednak zawsze czułem się jakbym stał na rozstaju dróg, przed drogowskazem z kilkunastoma tabliczkami i nie mógł wybrać odpowiedniego kierunku. Na szczęście książka, którą ostatnio przeczytałem bardzo mi to wszystko ułatwiła, bo może nie tyle pozwoliła zapomnieć o innych krainach, co ponownie obudziła we mnie czytelnicze zacięcie pokazując świat tak różny od tego, co do tej pory znałem. Wszystko to za sprawą Margaret Rogerson i jej „Magii cierni”.

Elisabeth Scrivener jest sierotą od najmłodszych lat wychowywaną w jednej z Wielkich Bibliotek gdzie przechowywane są potężne grymuary, żywe księgi skrywające najróżniejsze zaklęcia. Czasem tak potężne, że mogłyby zniszczyć całe miasta. Piecze nad tym wszystkim sprawują strażnicy, to takie połączenie kustosza oraz wojownika. I to właśnie na jednego z nich szkoli się Elisabeth. Niestety jej sielskie życie zostaje przerwane przez atak malefikta. Jest to potwór powstały z grymuaru, który uległ uszkodzeniu. Od teraz główna bohaterka zostaje wplątana w intrygę, która rozwija się od wielu lat, a jedyną osobą, która może jej pomóc jest znienawidzony przez nią czarownik Nathaniel Thorn oraz jego demoniczny sługa. To od nich będzie zależała przyszłość królestwa.

Nie wiem czy zabrzmiało to wystarczająco złowrogo, ale stwierdzić mogę jedno. Książka ta czerpie inspiracje z najlepszych dzieł, chociaż czerpie to trochę zbyt wiele powiedziane. Fabuła tu przedstawiona jest chyba najprostsza z możliwych, mamy bohatera w wieku nieletnim, artefakt który może nie posiada dużej mocy ale jest bardzo cennym ze względów sentymentalnych i tylko brakuje tu starca z długą brodą jako przyszłego nauczyciela dla Elisabeth. Wydaje mi się jednak, że jego świetnie zastąpi czarodziej o niezbyt dobrej przeszłości z siwym pasemkiem włosów. W końcu jak się niema, co się lubi to się ludzi, co się ma. Dodatkowo rewelacyjnie jest tu budowane napięcie. Niejednokrotnie zaskoczony byłem kierunkiem, w którym podąża cała historia i całe szczęście niewiele uwagi poświęcono tu miłosnej relacji bohaterów. Jest między nimi pewne uczucie, ale nawet na chwile nie odciąga ono od głównego nurtu fabularnego.

Sam pomysł jest dla mnie obłędny i od samego początku zdobył moje serce w pełni. Pamiętacie może film z 1992 roku zatytułowany „Władca księgi”, w którym Macaulay Culkin przenosi się do animowanego świata książek? Tutaj historia wydaje mi się bardzo podobna, chociaż bardziej mroczna. Zwłaszcza podszepty niebezpiecznych ksiąg oraz rewelacyjne opisy wprowadzające mnie w osłupienie i nadające całości dramaturgii. Ogólnie świat wykreowany przez autorkę jest godny polecenia i liczę na to, że książka ta zamieni się w serię. Nie wystarczy, że jest bardzo barwny to i rozbudowany to jeszcze z tego, co mi się wydaje ma wiele do zaoferowania. Ogólnie sama fabuła świetnie wyglądałaby w postaci filmu albo, chociaż gry planszowej. Może nawet to drugie byłoby lepszym rozwiązaniem.

Postacie, które tu spotkamy najprościej można określić na dwoje babka wróżyła. W niektórych momentach Elisabeth mnie irytowała swoim nieprzystosowaniem do świata i wrodzoną gapowatością przyprawioną ogromną ilością szczęścia. Nie jest to jednak pierwszy taki przypadek i spokojnie nazwać go można schematem. Najbardziej charyzmatyczny jest tutaj Silas, czyli demoniczny sługa Nathaniela. On, jako jedyny moim zdaniem łamie wszelakie schematy. Widzimy go, bowiem nie, jako demona w ludzkiej skórze, a ogromne niebezpieczeństwo związane przysięgą. Sam niejednokrotnie ostrzega przed mocą, która w nim drzemie. To takie cudowne. Od chwili, gdy go poznałem stał się moja ulubioną postacią.

Spoglądając tak na całość. Dostajemy kamień milowy, a zarazem nową ścieżkę do podążania. Mogłoby się wydawać, że w dobie, gdy książki może pisać prawie każdy, a z miesiąca na miesiąc słyszymy o kolejnych powrotach i kontynuacjach historii z wielkiego ekranu, aż miło jest się przekonać, że wyobraźnia i oryginalność nie zniknęły. Co najważniejsze, mają się całkiem dobrze. Najlepsze jest jednak to, że dzięki tej pozycji znowu wróciłem do czytania. Przez pewien czas zniknął we mnie czytelniczy ogień, ale na szczęście ponownie zmienił się w ogromne palenisko, które w niedalekiej przyszłości pozwoli mi napisać wiele recenzji książek. Trzymajcie za to kciuki, a jak na razie oceniam „Magię Cierni” na 5-/5.

Tytuł: Magia Cierni
Tytuł oryginalny: Sorcery of Thorns Autor: Margaret Rogerson
Tłumaczenie: Marta Słońska
Wydawca: NieZwykłe
Data wydania: 17 czerwca 2020
Liczba stron: 444
Oprawa: miękka
Format: 140×205mm
ISBN-13: 978-83-8178-089-6
Cena: 44,90 zł
Ukryj widgety

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza