wtorek, 18 lipca 2017

Kong: Wyspa Czaszki

King Konga chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Od lat robi gigantyczną sławę na równi z Godzillą. Gdyby się znalazła odpowiednio wielka płyta chodnikowa to odcisnąłby nawet swoją łapę w Alei Sław. Niestety jednak musimy nacieszyć się jego kinowymi wizerunkami, a tych jest dość sporo. Najstarsza produkcja, jaka widziałem z jego udziałem to pochodzący 1962 roku film zatytułowany „King Kong kontra Godzilla” chociaż pierwsze pojawienie się wielkiego goryla jest datowane na rok 1933. Dzisiaj chciałbym jednak opowiedzieć o najnowszej, bo stworzonej w 2017 „Kong: Wyspie Czaszki” wyreżyserowanej przez Jordana Vogt-Robertsa.

Mogłoby się wydawać, że odwiedziliśmy już każdy, nawet najbardziej nieprzyjazny fragment naszej Matki Ziemi. Dlatego wielkim zaskoczeniem dla wszystkich okazuje się, że gdzieś na południowym Pacyfiku znajduje się tajemnicza, otoczona burzowymi chmurami wyspa. Zostaje tam wysłana grupa badawcza pod kierownictwem Billa Randa (John Goodman) w wojskowej obstawie z Prestonem Packardem (Samuel L. Jackson) na czele. Dodatkowo do grupy dołącza fotografka marząca zrobić zdjęcia stulecia Mason Weaver (Brie Larson) oraz były komandos i spec od przeżycia w dżungli James Conrad (Tom Hiddleston). Jednakże nawet oni nie spodziewają się w jak trudnych warunkach znajdą się po przekroczeniu chmur oraz z jak wielkim niebezpieczeństwem będą musieli się zmierzyć. To miejsce dawno zapomniane przez czas, na którym rzeczywistość łączy się z fikcją.

Chyba nie poszło mi tak źle z opisem fabuły, co? Krótko, zwięźle i na temat. Zastanawiacie się pewnie, po co opisałem większość bohaterów, bo tutaj leży pierwszy feler tego filmu. Zazwyczaj jest jakiś przodownik. Ktoś, koło kogo kręci się cała akcja. Tutaj jednak ciężko było mi go dostrzec. Większość osób, które trafiają na wyspę można by było określić tym mianem. Mają oni coś więcej do zaoferowania niż tylko chęć przetrwania. Najbardziej jednak rzuca się w oczy Preston Packard, człowiek moim zdaniem nie do końca zrównoważony psychicznie, którego całym życiem jest wojna. I właśnie w jego postaci najlepiej widać naszą bolączkę. Jeżeli czegoś nie rozumiemy trzeba to zniszczyć. Kurcze natura tyle ma nam do zaoferowania, ale jesteśmy na to ślepi niestety. Wiem, że zazwyczaj na końcu biorę się za analizę bohaterów, ale jest ich aż tylu, że trzeba im poświęcić nieco więcej czasu. Najgorzej wypada biolożka San (Tian Jing) jest ona tak odrealniona jak to tylko możliwe. Nie wystarczy, że wypowiada tylko kilka nic niewnoszących zdań to dodatkowo jest mniej zainteresowana tym, co się wokoło niej dzieje niż drzewa tam rosnące. Na serio. Biolog, który dostałby się w miejsce niezbadane przez nikogo z całkowicie dzikim ekosystem powinien dostać prawie orgazmu na widok tych wspaniałości, a tu figa. Co do pozostałych to mniej się wyróżniają, chociaż nie są oni tylko dodatkiem, każde z nich ma coś do powiedzenia swoją osobowością oraz historią.

Ogólnie cała opowieść nie jest jakaś pionierska, bardzo mi zalatuje „Zaginionym Światem” z Parku Jurajskiego. Naukowcy i cywile starają się przetrwać w niebezpiecznych warunkach polegając na sobie nawzajem. Podobnie jest tutaj. Z tą różnicą, że na własnej skórze przekonują się, iż nie wszystko, co wielkie musi być złe. Podobna zasada była w ostatniej wersji Godzilli o ile dobrze pamiętam.
Najwyższa pora na doznania wizualne, a te po prostu powalają. Nie wystarczy, że wyspa zachwyca kolorami to również różnorodnością żyjących tam stworzeń. Chociaż mogliby wykazać się nieco większą kreatywnością, a nie powiększać dobrze nam znane gatunki. Chociaż kilka istot mogło narodzić się tylko w koszmarach.
Rewelacyjne jest również prowadzenie kamery. Dla mnie takie bardzo komiksowe. Niektóre momenty można by było spokojnie przerobić na okienka z krótkim opisem wydarzenia. Jednakże zostały one dobrze dobrane. Dodają całości charakteru i dynamizmu tak samo jak i walki oraz wybuchy. Kamera zawsze jest tam gdzie być powinna. Nie błąka się jak ślepiec. Jeżeli doprawimy to płomieniami oraz świstem kul to mamy gwarantowaną dobrą zabawę.

Tak dobrą zabawę, ponieważ nie jest to moim zdaniem film z drugim dnem albo ja jeszcze go nie dostrzegłem. Mimo wielu chęci zostaje on tylko kinem rozrywkowym bez większego przesłania. Przykro mi to powiedzieć, ale taka prawda. Mam jednak szczerą nadzieję, że zostanie doceniony i dostanie jedną albo dwie nagrody, bo naprawdę na to zasługuje.

„Kong: Wyspa Czaszki” to film, na który dawno czekałem. Ze znakomitą obsadą aktorską, rewelacyjnymi efektami specjalnymi oraz ciekawą fabułą. O kurcze zapomniałbym wspomnieć o tym, co najważniejsze, czyli King Kongu. Chociaż co o nim powiedzieć, jak to on, wielki owłosiony goryl, ale nie istota bez uczuć. Sami przekonacie się ile w nim drzemie. Wizualnie prezentuje się naprawdę nieźle. Na sto procent nie jest to koleś w kostiumie. Chociaż takie rzeczy to tylko w Japonii. Nieźle również jest pokazana jego interakcja z otoczeniem. Jak coś niszczy to widać, że to on robi. Brakuje jakiegokolwiek opóźnienia w takich momentach, ale niema, co się dziwić. Film pochłonął grube miliony, ale uważam, że zostały one wydane dobrze. Trzeba na tę produkcje patrzeć jak na początek historii. Sam Kong nadal się rozwija. Wiele jeszcze przednim zwłaszcza, jeżeli będzie się cierpliwym i poczeka do tego, co będzie po napisach. Chociaż czy to jednak nie zżynanie z Japońskich kinematografii?? Ale o tym musicie przekonać się sami ja oceniam go, na 4/5 ponieważ jestem nim zachwycony i bawiłem się świetnie.

Drogi czytelniku zanim skomentujesz zapoznaj się z niniejszymi punktami.
1. Proszę o nieumieszczanie w komentarzach linków do waszych blogów.
2. Pisanie recenzji trochę zajmuję więc byłoby miło gdyby nie pojawiały się komentarze w stylu "Fajna recenzja. Zapraszam do mnie."
3. Nie musicie mnie zapraszać do siebie. Jeżeli w profilu na bloggerze jest adres do Waszego bloga na pewno Was odwiedzę.
4. Ostrzegam, iż wszelakie treści wulgarne bądź obraźliwe będą usuwane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...