piątek, 26 sierpnia 2016

Andrzej Pilipiuk - Litr ciekłego ołowiu

Miałem nadzieję, iż dzień ten nigdy nie nastąpi. Dzień, w którym będę zmuszony napisać negatywną recenzję książki mojego ulubionego autora. Wielu z Was już pewnie wie o czyim dziele będę opowiadał. Andrzej Pilipiuk już od wielu lat jest moim numerem jeden, jeżeli chodzi o polską fantastykę. Niestety, w ostatnim czasie zauważyłem coś bardzo niepokojącego. Każda kolejna wydana przez niego pozycja okazywała się albo kontynuacją wcześniejszych historii albo nieco gorszym od poprzednich zbiorem opowiadań. Dlatego dzisiaj, z bólem w sercu przedstawię Wam „Litr ciekłego ołowiu”.

Sam nie wiem, od czego mam zacząć. Naprawdę źle się z tym czuje, że muszę trochę pomarudzić, a może bardziej niż trochę. Obiecałem jednak, że będę obiektywny w moich recenzjach i słowa dotrzymam.

Większość z opowiadań, które tu znajdziemy powiązane są z Robertem Stormem, chyba moim ulubionym bohaterem. I właśnie tu pojawia się pierwszy problem. Kiedyś był on dla mnie kimś pokroju Indiany Jonesa przeniesionym do Polski. Poszukiwał niezwykłych artefaktów, miał naprawdę fajne przygody. Jednakże, tym razem czegoś zabrakło. Gdzie się podział polot i ta żyłka detektywistyczna, które tak bardzo u niego lubiłem? Całą sytuację ratuje tytułowy „Litr ciekłego ołowiu”, w którym Storm ma za zadanie odnalezienie redakcji gazety, która od wielu lat nie powinna istnieć. Właśnie to było fajne. Genialny pomysł, niezwykłe zwroty akcji z nutą adrenaliny w czystej postaci. Niestety, reszta już nie była taka interesująca. Zaczęło mnie drażnić jego chorobliwe przywiązanie do Marty. Kiedyś to mnie śmieszyło, ale tylko wtedy, kiedy nie mógł się z nią porozumieć. Oby tylko nie stał się stalkerem.

Oczywiście pojawia się również doktor Skórzewski. To do niego należy ostatnie opowiadanie zatytułowane „Złudzenie negacji”. Co o nim powiem? Początek nie jest zły. Jak zawsze pojawia się pacjent z dziwnymi objawami, których nikt inny nie potrafi wyjaśnić. Akcja rozwija się dość płynnie i zagadkowo. Szkoda tylko jej rozstrzygniecie kończy się zbyt szybko. No dobrze, to nieodpowiedni dobór słów, lepiej pasuje, że kończy się zbyt nagle. Niczym cięcie katowskiego topora. Mamy akcję, nagle ciach i już po wszystkim.

Oki, żeby nie było w tomie tym nie wszystko kręci się wokół dwóch tylko bohaterów. Mamy tutaj do czynienia z trzema historiami z całkowicie innej bajki. „Cienie”, w których spotkamy Marszałka Piłsudzkiego oraz jego dość niezwykłych gości. Potem będzie odgrzewanie kotleta, czyli „Hamak” z doktorem Apfelbaumem no wiecie tym od wiewiórek i dziwnego lokatora okolicznego stawu. Kto czytał „Aparatusa” i „Wampira z MO” będzie wiedział, o co chodzi. I ponownie powtórka, ciąg dalszy czegoś, co już było. Niestety brak w opowiadaniu oryginalności, dostałem za to odrobinę (szczyptę) poczucia humoru, potrzebnego jak dziura w płocie. Na koniec zostawiłem najlepsze. „Harcerka” to istna perełka, którą udało mi się wygrzebać z całego zbioru. Okropny wirus wybił większość populacji na Ziemi. Reszta ocalonych zebrała się w kilku większych miastach i stara się jakoś przeżyć. Warszawa jest pod rządami Księcia Oskara, który prowadzi swój lud twardą, ale sprawiedliwą ręką. Pewnego razu trafia do niego całkowicie przypadkiem Księżniczka Lubelska Malwina. To właśnie dzięki niej dostrzeżemy jak bardzo odmiennie, pomimo katastrofy, rozwijają się konkretne obszary kraju. I właśnie to mi się tu najbardziej podoba. Nikt nie jest samowystarczalny, a sam Książę Oskar ma naprawdę ciekawy charakter. Zobaczymy tutaj również jak ważne jest harcerstwo w czasach kataklizmu, istny rarytas. Dobrze może za dużo zdradziłem.

„Litr ciekłego ołowiu” ciężko nazwać najgorszym z tomów, chociaż do najlepszych bardzo mu daleko. Może za bardzo przyzwyczaiłem się do konkretnego poziomu tego autora. Język oczywiście jest ten sam prosty, ale również przyjemny. Niestety w opowiadaniach brakowało oryginalności, dorzuciłbym do nich nieco tajemniczości i mroku widocznego chociażby w „Rzeźniku drzew” i „2568 krokach”. O niebiosa, co to były, za książki. Jak cudownie było je czytać. Jedno mogę Wam obiecać nie będzie to moje ostatnie spotkanie z twórczością Pilipiuka. Nabrałem do niego zbyt wielkiego szacunku, jako do człowieka i pisarza. Szczerze wierzę, iż następnym razem dostanę istną petardę. Niestety tym razem mogę dać nie więcej niż 3-/5.

Tytuł: Litr ciekłego ołowiu
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: 22 kwietnia 2016
Liczba stron: 400
Oprawa: miękka
Format: 125×195mm
ISBN-13: 978-83-7964-158-1
Cena: 39,90 zł

Drogi czytelniku zanim skomentujesz zapoznaj się z niniejszymi punktami.
1. Proszę o nieumieszczanie w komentarzach linków do waszych blogów.
2. Pisanie recenzji trochę zajmuję więc byłoby miło gdyby nie pojawiały się komentarze w stylu "Fajna recenzja. Zapraszam do mnie."
3. Nie musicie mnie zapraszać do siebie. Jeżeli w profilu na bloggerze jest adres do Waszego bloga na pewno Was odwiedzę.
4. Ostrzegam, iż wszelakie treści wulgarne bądź obraźliwe będą usuwane.

1 komentarz:

  1. Zasmuciłeś mnie trochę tą opinią, ale cóż jak widać każdy ma swoje lepsze i gorsze momenty. Zbiór wciąż czeka na mojej półce na przeczytanie, ciekawa jestem jak mi się spodoba. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...