poniedziałek, 22 stycznia 2018

Król Artur: Legenda miecza

Wydaje mi się, że łatwo jest zekranizować jakąś dziewiczą historię. Opowieść, której jeszcze nikt nie brał na warsztat, nie prezentował szerszemu gronu widzów. Wtedy można poszaleć, popuścić wodzę wyobraźni i zrobić to tak jak chcemy z całkowicie czystym sumieniem. Co jednak, jeżeli po raz enty bierzemy się za ukazanie chociażby legendy? Tyle ekranizacji, wersji dostosowywanych do czasów współczesnych. Czy można z tego coś jeszcze wyciągnąć? Wydaje mi się, że można, ale trzeba wiedzieć jak. W zeszłym roku na ekrany kin trafiła całkowicie nowa historia Króla Artura zatytułowana „Legenda miecza” i to właśnie o niej dzisiaj opowiem.

Pierwszym przełamaniem schematu jest przedstawienie przyszłego następcy tronu, jako rzezimieszka wychowanego w burdelu, który po latach postanawia sięgnąć po to, co mu się należy i wraz z rebeliantami obalić tyrana, który gnębi swój lud. I przyznam nie byłoby w tym nic złego gdyby aż tak nie odbiegało od tego, co jest mi znane. Kilka razy oglądałem różnego rodzaju ekranizacje o Królu Arturze czy to w wersji filmu czy serialu. Muszę przyznać, że potrafiły się od siebie różnić, czasem nawet wydarzenia były poplątane, ale zawsze przedstawiały bardzo zbliżony wizerunek tytułowego bohatera. Tutaj jednak spoglądanie na tego opryszka, którego wychowała ulica jakoś mnie nie zachwyca, a powiedziałbym nawet, że konkretnie mną wstrząsa.

Samo prowadzenie historii też jest dość męczące głównie za sprawą bałaganu w chronologii wydarzeń. Mowa tu o przeplataniu opowieści retrospekcjami, które początkowo wydawały się dość ciekawe, ale z czasem wprowadzały chaos. Tak samo obserwowanie dorastania bohatera. Kilkanaście lat z jego życia zostało ukazane w ciągu czterech góra pięciu minut. Wiem, że film nie pozwoliłby na większe rozłożenie tego w czasie, ale wszystko działo się tutaj za szybko. Czasem potrzeba zwolnić, przyjrzeć się czemuś dokładniej, a tu figa. Tak samo z dziwnym prowadzeniem kamery. Widać to chociażby w jednej ze scen ucieczki. Miałem odczucie, że została ona nagrana przy pomocy kamerki Go Pro przyczepionej do ramion uciekinierów. Nie wiem jak wy, ale do mnie to nie przemawia. Kolejna wada to stworzeniem angielskiej wersji Klasztor Szaolin z Georgem na czele. Że co? Co scenarzyści musieli brać, że zrobili taki misz masz. Do tego muzyka, która uratowała nie jedną produkcję staje się tutaj kolejną łopatą ziemi rzuconą na wieko trumny. Ja tej historii nie przyjmuję.

Wybaczcie mi taka ilość spilerów, ale chciałem podać konkretne przykłady i momenty, które nie przypadły mi do gustu. Nie chce być gołosłowny. Zwłaszcza, że pora wspomnieć o grze aktorskiej. O czym? Niestety coś takiego tutaj nie istnieje. Wszyscy prawie są sztuczni jak manekiny w sklepie z tanią odzieżą. Ich rozmowy ogólnie dialogi zostały wyprane z jakichkolwiek emocji, które starają się ukryć pod masą krzyku. Oki, honor trzeba zwrócić chyba najwyraźniejszy jest tutaj Jude Law grający Vortigerna. Głównie dlatego, że taka nijakość pasuje do jego postaci.

Oczywiście najlepsze w tym wszystkim są oczywiście efekty specjalne, ale nawet one nie uratują w moich oczach tej produkcji. Naprawdę dopracowane, wykonane z niezwykła dbałością o szczegóły i zachwycające pozwalają jakoś przesiedzieć te dwie godziny. Ale również one oberwą ode mnie, ponieważ sceny walk mogłyby być bardziej naturalne. Miałem czasem ochotę chwycić za pada, bo wydawało mi się ze odpaliła mi się gra komputerowa.

„Król Artur: Legenda miecza” to jeden z tych filmów, który będę starał się szybko zapomnieć, a jedyną pamiątka po jego obejrzeniu będzie strata dwóch godzin życia oraz ta właśnie recenzja. Dla niektórych może się ona wydawać rewelacyjna, ale dla mnie za bardzo odbiega od oryginalnego kanonu. Jej oryginalność stała się dla mnie cierniem w oku, którego mimo dobrych chęci nie mogę się pozbyć. Nie zachęca, ale również nie odradzam jej obejrzenia. Każdy może mieć inny punkt widzenia na tę produkcję i najlepiej jak każdy sam ją oceni. Ja niestety daje tylko 2+/5.

Drogi czytelniku zanim skomentujesz zapoznaj się z niniejszymi punktami.
1. Proszę o nieumieszczanie w komentarzach linków do waszych blogów.
2. Pisanie recenzji trochę zajmuję więc byłoby miło gdyby nie pojawiały się komentarze w stylu "Fajna recenzja. Zapraszam do mnie."
3. Nie musicie mnie zapraszać do siebie. Jeżeli w profilu na bloggerze jest adres do Waszego bloga na pewno Was odwiedzę.
4. Ostrzegam, iż wszelakie treści wulgarne bądź obraźliwe będą usuwane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...